Ziemia podobna jest do oceanu...
Jakkolwiek dziwne wydaje się takie stwierdzenie tak przecież jest. Przynajmniej tutaj.
Ziemia tak jest podobna do oceanu, że niekiedy można ją z oceanem pomylić, co może zakrawać na przesadę, przesadą jednak nie jest.
Niekiedy jednak ziemia jest tak różna od oceanu, iż nie sposób pomylić ją z oceanem – w zdumienie wprawia wspomnienia takich pomyłek, takiego mylenia się.
Ziemia jest zmienna. Może być dowolnego koloru i ciągle coś na niej rośnie.
Ocean też jest zmienny, ale nic na nim nie rośnie. Nic go nie przykrywa. Jest zmienny sam w sobie. Ciągle rozfalowany, rozedrgany, marszczący się i wygładzający. Podnosi się. Opada. Podnosi się. Opada. Oddycha. Nic nie rośnie na nim – za to ciągle coś rośnie w nim.
Ziemia tutejsza niby nierozfalowana, niby nierozedrgana, a wcale nie daje poczucia niewzruszonej stabilności. Jakaś grząska się wydaje, bagnista. Jakby za chwilę miała się zapaść i zniknąć. Trzeba po niej stąpać ostrożnie, tupania należy unikać, bo nuż pęknie, rozleci się na kawałki, chociaż nigdy się nie zatrzęsła.
Do nieba też trochę podobna. Więcej niż trochę. Może raczej niebo do ziemi podobne.
Ziemia się trzęsie lub nie trzęsie. Ocean faluje. A co robi niebo?
To wygląda tak, jakby ocean był zgęstniałym niebem, a ziemia zgęstniałym oceanem.
Tak to wygląda, bo tak jest.
To nie są metafory. To są różne aspekty tego samego.
Czego?
Trzy strony czegoś.
Trzy stany skupienia.
Trzy stany rozproszenia.
Tylko trzy?
Bo jeśli są jeszcze inne stany skupienia i rozproszenia, to czym one są? Czy jest coś gęściejszego od ziemi i rzadszego od nieba?

Stany skupienia i rozproszenia czego? Ciągle nie wiadomo czego...

<<<